W ostatnim czasie widzę jakoś więcej moich słabości, grzechów. Z jednej strony jest to dla mnie przykre, a z drugiej jest dobre. Dobre dlatego, że przekonuję się, że nie jestem samowystarczalny, że stale potrzebuję Kogoś, kto mnie wyprowadzi z moich mroków.
Zazwyczaj jak zauważam jakąś moją słabość, czuję smutek: jestem rozczarowany samym sobą. Na pewno do głosu dochodzi urażona pycha, bo oto okazało się, że nie jest ze mną tak wspaniale, jak myślałem.
W ten weekend miałem parę takich sytuacji, w których została odsłonięta jakaś moja słabość. Muszę jednak przyznać, że tym razem te moje odkrycia tak mnie nie dołowały, bo myślałem w tych momentach o Jezusie.
O Jego miłosierdziu. O tym, że On mnie przyjmuje takiego, jakim jestem. Że Jego miłosierdzie, a nie moje samodoskonalenie się, jest lekarstwem na mój grzech. Że On tylko czeka, bym Mu powierzył moje słabości.
"Błogosławieni miłosierni..." - nie tylko dla innych, ale też dla siebie. Czasem to trudna sztuka. Być miłosiernym dla samego siebie.
Nie chodzi tu o pobłażliwość dla siebie, ale raczej o przyjęcie siebie z wszystkim, z syfem też. Nie chodzi o to, by przestać się starać dobrze żyć, walczyć z grzechem, ale aby pamiętać, że wszystko mamy na tej drodze od Niego.

Komentarze
Prześlij komentarz